Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luhan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luhan. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 sierpnia 2015

Soy Milk Lattes and Silent Baristas [1/21]

(hej, tutaj pika_byun. razem z kuki postanowiłyśmy połączyć nasze siły i miłość do xiuhana, więc oto pojawia się tłumaczenie pierwszego rozdziału tego przyjemnego opowiadania. jest to niezbetowana wersja, więc za wszelkie błędy przepraszam z góry. nie przedłużając, enjoy!)

!Original!
!Author!
Gatunki: au, fluff, romans
Pairing: Xiuhan




Kiedy Luhan obładowany masą książek pojawił się w kawiarni, była ona już wypełniona po brzegi ludźmi i panował w niej niemały zgiełk. Chciał zamówić latte, usiąść przed dużym oknem przy wejściu i napisać pracę na zajęcia. Była to jego codzienna rutyna. Wchodził, zamawiał kawę u wiecznie uśmiechającego się baristy o imieniu Jongdae i rozprawiał się z ogromem szkolnych materiałów do dokończenia. W tle zawsze rozbrzmiewał leniwy jazz i właśnie w taki sposób Luhan lubił spędzać czas.
Poprawił pasek od torby na ramieniu i ustawił się w kolejce, powtarzając w głowie po raz kolejny swoje zamówienie. Poproszę jedną małą bezkofeinową latte. Na miejscu. Jednak z każdym krokiem naprzód orientował się, że coś się zmieniło. Przy kasie zamiast wyszczerzonego po uszy Kim Jongdae stał ktoś nowy. Jego włosy były w niecodziennym kolorze kwitnących kwiatów wiśni, a on sam wydawał się być całkiem niski, choć mogło to byś spowodowane jego opieraniem się o ladę.
Luhan stał zbyt daleko i nie był w stanie odczytać imienia na plakietce nowego baristy, ale wielki napis znajdujący się obok niego, był na tyle duży i kolorowy, że od razu przyciągnął uwagę Chińczyka. Grube litery widniejące na kartoniku wpadały w oko każdej osobie stojącej w kolejce.
Witam! Jestem kuzynem Kim Jongdae i zastępuję go na czas, kiedy załatwia sprawy rodzinne. Proszę wskaż na tym menu, co chcesz zamówić, abym mógł przyjąć Twoje zamówienie :)
Pod słowami była widoczna jaskrawa strzałka wskazująca na zalaminowaną listę sprzedawanych w kawiarni wyrobów. Luhan był zaintrygowany. Po raz pierwszy miał styczność z kimś, kto w taki sposób obsługiwał klientów. Może był zza granicy? Albo nie potrafił mówić po koreańsku? Nawet Luhan opanował ten język w miarę dobrze, a opuścił Chiny dopiero dwa lata temu.
Luhan i tak miał już wyryty numer latte w pamięci, więc nie stwarzało mu problemu wskazanie go na karcie. Młody mężczyzna stojący za ladą miał intensywne spojrzenie, a w jego oczach było widać małe tańczące ogniki. Musiał nazywać się Minseok, przynajmniej tak było napisane na plakietce przy jego uniformie.
Od razu po zapisaniu zamówienia, Minseok obdarował Luhana szerokim uśmiechem. Rozpromienił on całą jego twarz, a kąciki oczu lekko się przy tym zmarszczyły. Prawdziwy, autentyczny uśmiech. Z niewyjaśnionych przyczyn Luhan stracił dech w piersiach. Jaki uroczy. Oddał uśmiech, a potem odszedł poczekać na swoją kawę, bez przerwy wpatrując się w nowego baristę.
Minseok radził sobie z obsługiwaniem klientów i maszyn w ciszy, ale z gracją, uśmiechając się do każdej nowej osoby. W odróżnieniu od Jongdae nie starał się nawiązać rozmowy, co coraz bardziej utwierdzało Luhana w przekonaniu, że musiał być obcokrajowcem.
Czasami przeczesywał swoje różowawe włosy, aby je odrobinę ułożyć. Luhan wgapiał się w chłopaka tak intensywnie, że prawie nie zauważył, kiedy jego kawa została postawiona tuż przed jego nosem.
Luhan szybko otrząsnął się z pewnego rodzaju hipnozy, otępienia i zabrał swoją kawę, dziękując przy tym Minseokowi. Poszedł na swoje stałe miejsce, które jakimś cudem nie było zajęte i rozłożył się ze wszystkimi swoimi książkami. Miał do napisania esej z dodatkowego języka i historii muzyki oraz cały rozdział z matematyki analitycznej do dokończenia.
Zaczął pisać, delektując się przy tym wyborną kawą. Nie mógł powstrzymać uśmiechu, kiedy zauważył, że na unoszącej się na górze, puszystej piance zostało uformowane serce.
Luhan zaczął się zastanawiać jak długo Jongdae będzie niedostępny. Miał cichą nadzieję, że sprawy rodzinne zajmą mu więcej niż parę dni.

Jeden esej z głowy, drugi w połowie, a kafejka zaczęła pustoszeć. Matki ze swoimi dziećmi po kolei wychodziły kończąc wcześniej wielkie kubki gorącej czekolady. Inni klienci szli do domów po dniu zapchanym spotkaniami, pracą, szkołą. W tym momencie Jongdae zazwyczaj opróżniał wystawę z ciastami i dawał te starsze kawałki Luhanowi, ale dzisiaj to Minseok prowadził biznes i dzięki swoim urokom sprzedał każdy słodki przysmak. Kiedy Luhan naprowadzał ostatnie poprawki i zbliżał się do końca swojej mozolnej pracy, Minseok czyścił podłogę.
Chińczyk wstał niezgrabnie od stolika, wsuwając pliki kartek do torby. Minseok i Luhan byli sami, a krzesło niezręcznie zatrzeszczało, gdy je odsunął. Nowy barista spojrzał na Luhana dopiero, gdy ten podszedł parę kroków do drzwi i położył swoją dłoń na znaku „zamknięte”.
Luhan poczekał aż Minseok odstawi mokrego mopa. Po chwili podszedł, ale na jego twarzy była wymalowana niepewność.
- Więc… jesteś kuzynem Jongdae? – zapytał trochę niepewnie Luhan, próbując przełamać niezręczną ciszę.
Minseok zmarszczył brwi i podniósł rękę, którą niemal od razu zaczął szukać czegoś w swojej kieszeni. Wyjął z niej długopis i kawałek papieru, a po chwili już coś na niej pisał. Wyciągnął rękę i podał biały, zapisany skrawek, aby chłopak mógł przeczytać.
Może już się domyśliłeś, ale jestem głuchy. Jeśli nie znasz języka migowego… wtedy pisanie jest najłatwiejszym sposobem, aby się ze mną komunikować. Nie będzie Ci to przeszkadzać?
            Luhan był odrobinę zaskoczony, ale wykopał z czeluści swojej torby długopis i odpisał.
Och, myślałem, że jesteś obcokrajowcem. Jak tam wrażenia po pierwszym dniu w pracy?
-
Szczerze mówiąc jest lepiej niż myślałem! Udało mi się dużo sprzedać i nie jest w połowie tak ciężko jak oczekiwałem, że będzie.
-
To dobrze, cieszę się. Wiesz kiedy wróci Jongdae?
-
Nie jestem pewny… ale dam Ci znać, jeśli mi powie. Wy dwaj… jesteście przyjaciółmi?
-
Nie do końca… Jestem po prostu regularnym klientem.
-
Och, no cóż, miło Cię poznać. Jestem Minseok, a jak Ty masz na imię?
-
Luhan.
-
No dobrze, Luhan. Zobaczę Cię jutro?
            Luhan jedynie skinął głową, ale była to wystarczająca odpowiedź dla Minseoka, który uśmiechnął się od ucha do ucha, a odchodząc w kierunku zaplecza energicznie pomachał mu na pożegnanie. Brunet spoglądał na niego jeszcze przez sekundę, a potem wyszedł. Trochę szumiało mu w głowie, zarówno od kawy jak i uroczego baristy.
           
Zobaczę Cię jutro? Te słowa utkwiły w jego pamięci. Jongdae nigdy nie wspominał o tym, że ma kuzyna w mieście. Z drugiej strony ich rozmowy nie były jakoś szczególnie długie. Jedyne co zastanawiało Luhana to, co takiego robił Jongdae i jak długo Minseok będzie pracował w kawiarni. Wydawało się, że przyciągnął więcej klientów i Luhan musiał przyznać, że może odwalał nawet lepszą robotę od Jongdae.
Ich style były różne, Minseok bardziej się skupiał na kawie i zamówieniach (było to spowodowane zapewne tym, że nie miał możliwości głębszego porozumiewania się z klientami), Jongdae z kolei na interakcjach z ludźmi. Niezależnie od tego, obydwoje byli naprawdę interesujący. Już się nastawił na powrót do kawiarni następnego dnia, dotrzyma obietnicy danej Minseokowi, a przy okazji dokończy pisanie prac na zajęcia.

W drodze powrotnej Luhana zaskoczył deszcz, więc gdy pojawił się przed drzwiami do apartamentu, wyglądał jak zmokła kura. Potrząsnął swoją wilgotną czupryną niczym zmoczony pies i wszedł do mieszkania, Cała trójka jego współlokatorów już była na miejscu. Zitao był rozwalony na kanapie i grał w jakąś grę na konsoli. Przypominał trochę kota, bo swoim długim, giętkim ciałem zajmował całą przestrzeń wokół siebie. Jedynie mały skrawek na boku zostawił wolny, aby Yixing pożerający paczkę ziemniaczanych chipsów mógł się tam upchnąć. Nigdzie nie było widać Krisa, ale jego niezastąpione okulary przeciwsłoneczne i płacz były przewieszone na krześle w kuchni, aby mogły wyschnąć.
- Cześć wszystkim. – Luhan odłożył swoją torbę i przeciągnął się. Zitao, albo jak go nazywają, Tao, nie zauważył jego wejścia, ale Yixing już tak. Rzucił mu paczkę chipsów.
- Masz. Laysy od Laya – zażartował.
- Mam raczej ochotę na coś konkretnego. Porządną kolację. Będę zamawiał, jakieś życzenia? – zapytał Luhan, po czym odrzucił oferowaną mu przekąskę. Tao nagle zastopował grę i odwrócił głowę w jego stronę.
- Możemy zjeść pizzę?
- Brzmisz jak dzieciak. Poza tym już wczoraj jedliśmy pizzę, ile można?
- Ale pizza jest dobra, no weź! – powiedział z grymasem na twarzy Tao i lekko wzruszył ramionami.
- Tak, Mamo-Luhanie, też chcę pizzę! – wypowiedział z trudem Yixing, ponieważ śmiał się z przekomarzającej się dwójki.
- No dobrze, moje biedne dzieci. Ale to wy płacicie! – Luhan starał się wejść w postać, ale niespecjalnie mu to wyszło.
- No mamo, w jakim to my świecie żyjemy, żeby zmuszać dzieci do płacenia za kolację? – Nikt nie zauważył, kiedy Kris pojawił się w pokoju. Opierał się delikatnie o framugę drzwi i spoglądał na Luhana z udawaną powagą, ale i rozbawieniem. Luhan na jego widok jedynie parsknął.
- No skoro tak to niech Tata zapłaci – powiedział Mama-Luhan z uśmieszkiem na ustach. Kris zmarszczył nos, było widać, że nie był szczęśliwy z takiego obrotu sytuacji. Jednak po chwili wyciągnął z kieszeni wymiętolone banknoty.
- Róbcie co chcecie. – Rzucił pieniądze w stronę Tao, który dopadł je w locie. Szybko doczołgał się do wspólnego laptopa, który ładował się w rogu pokoju.
- Okej, kto chce Kanadyjski Bekon?
- Nie musimy przecież kupować tej pizzy, mamy przecież nóż, prawda? Przytrzymajcie Krisa i gotowe. – Wszyscy wybuchli śmiechem, mimo że żart nie był wcale aż tak śmieszny. Kris obdarzył Luhana morderczym spojrzeniem i lekko rozczochrał mu włosy. Wszyscy czuli, że zapowiadał się miły wieczór.

Czterdzieści minut później Kanadyjski Bekon zawitał na kuchennym stole czterech wygłodniałych młodych mężczyzn. Usiedli na kanapie i z łatwością pochłonęli największą z możliwych pizz. W międzyczasie opowiadali o tym, jak minął im dzień.
Tao pracował jako instruktor sztuk walki w dojo na końcu bloku i tego dnia musiał sobie poradzić z dwoma złamanymi nadgarstkami i podbitym okiem.
Lay, który dorabiał sobie jako sprzedawca gitar i harmonijek w sklepie muzycznym, nie miał nic ciekawego do powiedzenia, o ile nie liczyć faktu, że dostał darmowe ziemniaczane chipsy.
Kris studiował i grał w reprezentacyjnej drużynie koszykówki. Znowu wpakował się w związek z nową dziewczyną (jakoś nie mógł z żadną wytrzymać ponad tygodnia) i najwyraźniej była niezłą laską. Tak naprawdę to nigdy nie widzieli ani jednej „zdobyczy” swojego kumpla, więc po wielu rozmyślaniach, zaczęli podejrzewać, że Kris wymyśla te wszystkie związki, aby podbudować sobie ego i sprawić, aby byli zazdrośni.
Luhan opowiedział o swoich nudnych wykładach, a opowieść o Minseoku zostawił na koniec.
- Więc… Jongdae wyjechał pozałatwiać jakieś sprawy rodzinne i jakiś nowy koleś go zastępuje.
- O! I co? Zachowywał się jak debil czy coś w tym stylu?
- Nie, co ty! Wręcz przeciwnie. Dlatego zacząłem ten temat.
- No cóż… jeśli wpadł ci w oku to powinieneś go tu kiedyś przyprowadzić. – Luhan szturchnął Tao i lekko uderzył go w głowę, a ten wydał dźwięk niczym zbity pies. – Ja mówię serio!
- Dopiero go poznałem, okej? Nie przyprowadzam prawie obcych ludzi do domu. Może kiedyś…
Wszyscy chcieli wiedzieć jak miał na imię, jak wyglądał, czy był dobrym barwistą, a Luhan odpowiadał na tyle pytań, ile był w stanie. Nie powiedział im jednak o istotnej barierze, która utrudniała im rozmowę, ale odłożył to na inny dzień, ponieważ istniała szansa, że zniszczy wyobrażenia chłopaków.
- Ma na imię Minseok i wydaje się być bardzo miły. Jest niewyobrażalnie dobry w obsługiwaniu tego ekspresu, jego kawa jest przepyszna! Jest pewnie w naszym wieku… może trochę młodszy, ale ma policzki jak małe dziecko. – Wszyscy zachichotali, a Kris napełnił swoje policzki powietrzem i zarobił od Luhana niezłego plaska w jednego z nich. – Nie aż tak bardzo, ty idioto. W każdym razie jest naprawdę atrakcyjny i nie zapraszam go tutaj. – Luhan uśmiechnął się od ucha do ucha, a reszta zaczęła się śmiać, mimo że nic zabawnego się nie stało. – Przynajmniej na razie… Zobaczymy jak się sprawy potoczą.

Dochodziła godzina ósma wieczorem, a Tao i Kris mieli rozgrywkę życia w Mario Kart. Z kolei Luhan i Yixing porównywali swoje eseje na zajęcia, notatki z wykładów i patrzyli z politowaniem na zachowanie swoich współlokatorów. Tao warknął na Krisa, gdy ten uderzył jego postać jakąś niebieską muszlą. Po chwili Kris lekko oberwał w piszczel, kiedy znowu coś nie poszło po myśli młodszego. Zaczęli się przepychać i skończyło się na mini pokazie wrestlingu. Dwójka chłopaków zajmująca się trochę ważniejszymi sprawami stwierdziła, że nie ma zamiaru przebywać w tym samym pomieszczeniu co takie dzieciaki, więc uciekli do swoich sypialni.

Luhan potrzebował snu, odpoczynku. Dzień pełen nauki i użerania się z ludźmi totalnie wyprał go z wszelkich sił i chęci. Wziął prysznic, umył zęby i rozpłaszczył się na materacu. Zanim zakopał się pod swoją ciepłą kołdrą, wyłączył światła i ułożył się wygodnie, opierając plecy o ścianę. Wziął telefon do ręki i wszedł w przeglądarkę. Od razu wiedział, co chciał sprawdzić. podstawy koreańskiego języka migowego
„KSL (Korean Sign Language) tak jak inne języki migowe wykorzystuje niemanualne symbole spełniające leksykalne i składniowe funkcje. Pomagają one w rozmowie i wpływają na zainteresowanie odbiorcy. Jest to między innymi bogata gestykulacja, na przykład: unoszenie i marszczenie brwi, kiwanie i potrząsanie głową, pochylanie/odchylanie się itp.”
„Ten alfabet jest używany przez osoby głuche mieszkające na terenie Korei Południowej i posługujące się KSL. Jest to alfabet wymagający ruchów jednej ręki. Poszczególne znaki odzwierciedlają wygląd danej litery zapisanej w Hangulu (koreański alfabet)”.
Luhan czytał dopóki jego oczy nie zaczęły boleć od długiego wpatrywania się w mały ekranik. Jego palec niekontrolowanie się kurczył od przesuwania artykułów i wielu stron. Nauczył się trochę podstaw, alfabetu i paru użytecznych wyrażań jak „dziękuję”, „proszę”, „chciałbym” oraz jako bonus nauczył się liczb i słów „mała” i „kawa”. Czuł się z siebie naprawdę dumny, więc odłożył telefon na bok i położył się, aby zasnąć. Zanim zapadł w sen pokazywał ruchy, które w języku migowym oznaczały bardzo dla niego ważne, lecz krótkie zdanie.
Chciałbym
Jedną
Małą
Kawę
(L–A–T–T–E)
Proszę


czwartek, 28 maja 2015

Perfect darkness

Pairing: Xiuhan
Gatunki: au, fluff, smut, slight!angst
Warnings: sex
Beta: Shiro
a/n: witam pyśki, dzisiaj mam dla was smuta z xiuhanami! Od razu mówię, że nie ma jakiejś rozbudowanej fabuły, która moim zdaniem jest, ale jednocześnie jej nie ma. Ok, więc dedykacja jest dla Shiro, z którą prawdopodobnie zacznę współpracę i będziemy razem tłumaczyć opowiadania ** Jej pierwsze tłumaczenie na tym blogu możecie przeczytać tutaj.

Word count: 3,5k  


Noc. Ciemność, w której wszystkie zmysły oprócz wzroku się wyostrzały. Dotyk bardziej palił na skórze, uszy wyłapywały nawet najcichsze westchnięcia i jęki, nos czuł zapach spoconego nade mną ciała i smak, kiedy jeździłem językiem po szyi Luhana z zamiarem zrobienia kolejnej malinki. To wszystko sprawiało, że wariowałem i chciałem więcej. Zacisnąłem palce na jego ramionach, zapewne robiąc mu siniaki, gdy wchodził we mnie coraz głębiej, co jakiś czas uderzając w prostatę. Nie starałem się być cicho, bo to do mnie nie pasowało. Kiedy miałem wrażenie, że to mój limit, wylał się we mnie z moim imieniem na ustach, przez co ja sam również osiągnąłem szczyt, brudząc sobie brzuch. Leżeliśmy jeszcze tak trochę, zmęczeni i zasapani jak po kilkukilometrowym biegu. W pewnym momencie zaczął się ze mnie wysuwać, przez co syknąłem z bólu. Wiedziałem, że nie chciał mi zrobić krzywdy, bo w jego oczach byłem lalką z porcelany, która w każdej chwili mogła się rozpaść.
Opadł obok mnie, obejmując ciasno moje biodra, jednocześnie przybliżając mnie do siebie. Nasze ciała były tak blisko, że miałem wrażenie, że się zaraz zleją w jedno. Powoli zacząłem się rozluźniać, całkowicie zapominając o pójściu do łazienki i umyciu się. Dla mnie liczyło się tylko tu i teraz. Zapadałem w sen, uspokojony dzięki gorącemu oddechowi na moim policzku. Wszystko było doskonałe w tej chwili.
Poranek oznaczał dla mnie ból w dolnych partiach ciała, gdy tylko próbowałem się podnieść do siadu. Widząc lekki grymas na mojej twarzy, Luhan niemal od razu zaaferował się, że przyniesie mi śniadanie do łóżka. Oczywiście jak mogłem tego nie wykorzystać, dlatego leżałem wpatrzony w sufit w naszym pokoju. Mimo wszystko to było miłe z jego strony, albo po prostu za bardzo się o mnie martwił. Mi taki stan rzeczy odpowiadał, bo nie musiał mówić głośno, że mnie kocha. Wyrażał to poprzez czyny i opiekę nade mną. 
Do moich nozdrzy dotarł zapach smażonego bekonu, na który aż pociekła mi ślinka. Niedługo potem w drzwiach sypialni stał nagi Luhan z tacką w rękach, na której leżała pokrojona bułka posmarowana masłem oraz bekon i parująca herbata. Podniosłem się na łokciach, a on podszedł do mnie i usiadł na skraju łóżka, kładąc moje śniadanie na swoje kolana. Na jego ustach widniał diabelski uśmieszek, a mnie przeszły ciarki.
- Nazwij mnie swoim hyungiem, to dostaniesz jedzenie – powiedział, a mi od razu zrzedła mina. Przygryzłem dolną wargę, zastanawiając się nad wszystkimi za i przeciw. Zawsze mogłem trochę pogłodować, bo nie było nawet mowy o tym, że dam mu tę chorą satysfakcję. Dlatego pokręciłem głową.
- Nie ma mowy – odpowiedziałem stanowczo, patrząc na niego jak na idiotę.
- No to nie dostaniesz zrobionego przeze mnie śniadania – zaczął wstawać, ale ja w nagłym akcie desperacji rzuciłem się do przodu i chwyciłem rąbek jego koszuli. Kochałem jeść, jedzenie to jedyna rzecz, która nie pyta, a można zatopić w niej swoje smutki. – Za późno Minnie, sam to zjem.
- Luge… - zacząłem powoli, patrząc się na wymemłane prześcieradło. – Luge, proszę – podniosłem wzrok na Luhana, który siedział w osłupieniu. Nagle zbliżył się do mnie, przez co cała zawartość tacki wylądowała na podłodze. Słyszałem jak szklanki z herbatą się tłuką i sztućce brzęczą o siebie. Chwycił mnie za ramiona i z nadludzką siłą popchnął na łóżko. Leżałem pod nim kompletnie skołowany.
- Nazwanie mnie „Luge” nie było najlepszym pomysłem – szepnął, pochylając się nade mną i łącząc nasze usta w lekkim pocałunku, który zaraz przerwał. Uśmiechał się tryumfalnie, nie dostał tego, czego chciał, ale chyba był zadowolony ze swojego szatańskiego planu, przez który miałem ochotę wydłubać mu oczy.
Można było powiedzieć, że moje uczucia do niego były skrajne. Raz czułem, że to on był tym jedynym i mogłem zrobić dla niego dosłownie wszystko, a z drugiej strony wkurzał mnie jak nikt inny. Najlepiej mu się to udawało, bo znał wszystkie moje słabe punkty i dokładnie wiedział, na jakiej nucie zagrać, żeby mnie zabolało.
Patrzył na mnie jak na swoją zdobycz, a ja podniosłem tylko brwi. Wolno oblizał swoje wargi, jakby chciał się napawać chwilą, a zaraz potem zaatakował moją szyję, zaczął na niej składać chaotyczne pocałunki. Wydobyłem z siebie przeciągły jęk, czułem jak mi krew w żyłach buzowała od samego dotyku Luhana na moim ciele. 
Przez mój zamglony umysł przedostała się jedna logiczna myśl.  – Lu – han… Przestań – wyszeptałem, a on zatrzymał się i spojrzał na mnie z zaskoczeniem wypisanym na twarzy. Mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, a następnie zabawnie wydął wargi. – Przepraszam, ale nie chcę się kochać z kimś, kto ma jeszcze wczorajsze resztki na sobie.
- Jak tak stawiasz sprawę, to idziemy pod prysznic – bez większego problemu podniósł mnie i zaniósł jak pannę młodą do łazienki. Moje stopy ani razu nie dotknęły podłogi; gdy znaleźliśmy się w kabinie prysznicowej owinąłem je wokół jego bioder. Luhan trzymał mnie za tyłek, żebym przypadkiem nie zleciał i sobie go nie obił. Znowu zaczął mnie całować i ssać po szyi, jego erekcja ocierała się o moje wejście. Wydałem z siebie jęk, zarzuciłem mu ręce na ramiona, przybliżając się do niego jeszcze bardziej. Jedną ręką na oślep próbował włączyć deszczownicę, po pewnym czasie, po którym i tak już byłem mokry od kropelek potu, mu się to udało, a nas zaatakowała zimna woda.
Westchnąłem w jego usta, zaskoczony nagłą zmianą temperatury. Luhan zaraz jednak je z powrotem złączył, następnie poczułem jak we mnie zaczął powoli wchodzić. Bez żadnego przygotowania, bolało, ale nie tak bardzo, musiałem być jeszcze trochę rozciągnięty po wczorajszej rundzie.
Gdy trafił w moją prostatę, zapomniałem o niewygodnej pozycji i o tym, że było mi źle z powodu braku tlenu. Zajęczałem z nagłego napływu przyjemności, która rozlewała się po moim ciele. Miękły mi wszystkie mięśnie za każdym razem, kiedy trafiał w mój słodki, czuły punkt. Jego biodra pracowały coraz szybciej, a ja zacisnąłem palce na jego włosach, nasze gorące oddechy się ze sobą zmieszały, a jęki stawały się coraz głośniejsze z każdą minutą błogiego stanu. W końcu osiągnąłem szczyt, gdy ręka Luhana zaczęła jeździć po mojej męskości. To dla mnie było za dużo, te długie i smukłe palce doprowadzały mnie do szału. Po kilku sekundach doszedłem z jego imieniem na ustach, a on chwilę po mnie.

~~

Siedziałem na kolanach Luhana, obejmując rękoma ciasno jego szyję, a nogami biodra. Uwielbiałem po prostu się do niego przytulać, nawet jeśli jego uwaga była skupiona na lecącym meczu w telewizorze. Przykleiłem się do niego jak miś koala, albo jakieś inne zwierzątko, do którego czasami mnie porównywał.
Nagle zaczął mu dzwonić telefon, przerywając nasze czynności. Irytowało mnie to, że za każdym razem gdy byłem przy nim i ktoś chciał z nim pogadać, musiał odbierać tę jebaną komórkę. Tym razem tego pożałuje.
- Minseok zejdź ze mnie, muszę sprawdzić kto to – powiedział, ale ja nie ruszyłem się nawet o milimetr, zupełnie jakbym go nie usłyszał. – Minseok – jego ton zaczął się robić poważny. Wiedziałem, że wstępuję na niepewny grunt, bo Luhan nienawidził, kiedy mu się sprzeciwiałem, a robiłem to dość często. – Kim Minseok, złaź ze mnie natychmiast – podniósł trochę głos, jednak ani trochę nie wziąłem sobie tego do serca.
- Nie – odpowiedziałem. Może w końcu go to czegoś nauczy.
- Dobrze – wstał, podnosząc mnie ze sobą.
- Zaraz, co ty robisz? Postaw mnie na ziemi! Ja chcę na ziemię! – zacząłem wierzgać nogami w powietrzu, ale zsunąłem się tylko o parę centymetrów z Hana. Zaraz przykleiłem się do niego ponownie.
Nie zwracając zupełnie na mnie uwagi, Lu wziął swój telefon i odebrał. Chyba udało mu się to w ostatnim momencie, ale to już pozostawało w moich domysłach.
- Halo? – odezwał się do tego kogoś po drugiej stronie. Nawet nie zadał sobie trudu mnie podtrzymać, więc musiałem w końcu stanąć na nogach jak normalny człowiek. – Ahhh… W porządku… - po jego minie dało się wywnioskować, że nie był zadowolony. – Właściwie mamo to chciałbym ci kogoś przedstawić – na te słowa zamarłem. Czyżby Luhan w końcu zechciał się do mnie przyznać przed własnymi rodzicami? No to punkty za odwagę. – Brzmi świetnie! To do zobaczenia! – i z wielkim uśmiechem na ustach się rozłączył.
Stałem przed nim w milczeniu, czekałem na jakieś wyjaśnienie sytuacji, ale widocznie Luhan nie kwapił się, żeby mi wytłumaczyć co chciała jego matka.
- Więc, co chciała? – za bardzo ciekawiło mnie o co chodziło, więc musiałem go pociągnąć za język.
- Zaprosiła mnie… nas – poprawił się szybko. – Na jutro na obiad. Pewnie znowu planowała jakąś randkę w ciemno, którą teraz musi odwołać – powiedział, nie patrząc na mnie.
- Czyli mam rozumieć, że nie masz zamiaru iść tam ze mną, tak? Znowu pójdziesz z jakąś swoją bliską „przyjaciółką”, żeby się od ciebie odwalili, by potem przez telefon oświadczyć im, że zerwaliście? – zapytałem. W sumie scenariusz zawsze był taki sam, gdy jego mama próbowała go z kimś zeswatać. I zawsze po takiej kolacji albo obiedzie, nie odzywaliśmy się do siebie przez dobre parę tygodni.
- Nie – jego odpowiedź mnie zaskoczyła. – Jak wcześniej ująłem, zaprosiła nas. Więc jutro ładnie się ubierz.

~~

Nie wierzyłem w to, co się działo. Jechałem z Luhanem do jego domu. Po raz pierwszy zobaczę, jak mieszkał przed naszym spotkaniem. Trochę się denerwowałem, w końcu nie wiedziałem nic o jego rodzicach, no może oprócz tego, że Han nie był z nimi w najcieplejszych relacjach. Mimo wszystko to było dziwne, że mogłem ich poznać dopiero po czterech latach związku. Cóż za zaszczyt mnie kopnął w ostatnich dniach.
- Za ile będziemy? – zapytałem znudzony ciągłą jazdą bez zmiany widoku za oknem. Musieliśmy przejechać przez jakieś wsie, żeby dojechać do miasta, w którym mieszkali państwo Han. Mięśnie powoli mi drętwiały, a tyłek zaczynał boleć od za długiego siedzenia.
- Za godzinę, może półtorej, możesz się zdrzemnąć w tym czasie – odpowiedział Lu, nie zerkając ani razu na mnie, starał się skupić na prowadzeniu auta.
- Nie chce mi się spać – powiedziałem, przygryzając wargę. Naprawdę mój poziom zmęczenia był mały, przed wyjściem zdążyłem wypić prawie trzy kawy, bo tej ostatniej nie dokończyłem. To wina stresu, musiałem się jakoś uspokoić, a smak kawy jest najlepszy na wszystko. – Lulu, rozmawiaj ze mną – na to Luhan westchnął, ale posłusznie zaczął mówić.
- Trochę się stresuję, wiesz, w końcu dzisiaj moi rodzicie się dowiedzą, że jestem w związku z chłopakiem i to od dawna. Pewnie źle zareagują, ale nie chcę, żeby to się odbiło też na tobie. Oni są dość… Nie wiem jak to odpowiednio ująć, ale moja mama mówi to co myśli wprost, a mój tata bywa nieco zgorzkniały. Jeśli wiesz co mam na myśli – spojrzał na mnie kątem oka, a ja posłałem mu ciepły uśmiech. Odpowiedział mi tym samym, a mi zrobiło się cieplej na sercu.
- Nie martw się, tak długo jak jesteśmy razem to nic mi niestraszne – może brzmiało to jak tani tekst na podryw, ale taka była prawda. Z Lu niektóre rzeczy wydawały się mniej przerażające niż były w rzeczywistości.
Reszta drogi przebiegła w milczeniu, ale nie niezręcznym. Z głośników płynęła jakaś skoczna muzyka, co jakiś czas sobie nuciłem jakieś kawałki, które kojarzyłem. Inaczej nie potrafiłem zabić nudy, niż gnębieniem Hana moim fałszem, ale zdawał się zbytnio nie zwracać na mnie uwagi, więc cała moja zabawa nie miała za bardzo sensu.
- Jesteśmy – padło z ust Lu, a ja nie czekając aż on zaparkuje, wypadłem z samochodu i jęknąłem, jak wszystkie stawy mi strzykały przez za długie siedzenie. W końcu mogłem rozprostować nogi, więc nie czając na mojego chłopaka, podszedłem do drzwi wejściowych. – Poczekaj na mnie – zawołał Lu. Stałem posłusznie w miejscu, aż poczułem rękę owijającą się wokół mojego pasa. – No to teraz możemy wchodzić – owiał moje ucho swoim oddechem, a mnie przeszły niezauważalne ciarki po całym ciele.
Podniosłem drżącą rękę i zapukałem parę razy, a drzwi otworzyły się niemal natychmiast, jakby ktoś przy nich stał i tylko czekał na to, żeby pociągnąć za klamkę. Jedyne słowo, które przeszło mi przez myśl to: schiza.
- Och… Spodziewałam się, że przyprowadzisz kobietę – powiedziała na powitanie pani w podeszłym wieku, która stała w przejściu. Niektóre kosmyki jej włosów zaczynały się robić szare, ale ciałem nie wyglądała na taką starą, jak zapewne była. – Ale proszę, wejdźcie, a ty jesteś…? – spojrzała na mnie swoimi przenikliwymi, ciemnymi oczami.
- To jest mamo, mój narzeczony i nazywa się Kim Minseok – przedstawił mnie pewnie Luhan, a ja zamarłem na jego słowa. Nie spodziewałem się, że przejdzie od razu do rzeczy i nie będzie się patyczkował w jakieś przydługie przemowy.
Szok, który malował się na twarzy pani Han, był nie do opisania. Zapewne na mojej również, gdy zatrzasnęła nam drzwi przed nosem, wrzeszcząc coś, byśmy nigdy tutaj nie wracali. Nie byłem pewny czy mogłem się nawet poruszyć przez to co się wydarzyło przed chwilą. Luhan westchnął tylko i wziął mnie za rękę.
- Wygląda na to, że zmarnowaliśmy parę godzin życia, ale już chyba nie zdążymy wrócić do domu przed zmrokiem, więc wynajmiemy coś najbliższego – poinstruował mnie, a ja pokiwałem głową na zgodę.

~~

- Luhan – szepnąłem w ciemność, poczułem jak się poruszył, ale nic nie odpowiedział. Nie mogłem znieść ciszy, która panowała przed zaśnięciem, bo wiedziałem, że się obwiniał o to, co się wydarzyło z jego matką. – Nie przejmuj się, nie zmienisz świata. Najwyżej nie dostaną zaproszenia na nasz ślub czy coś – starałem się zażartować, ale chyba mi nie wyszło, bo usłyszałem cichy szloch.
Odwróciłem się do niego przodem i położyłem mu głowę na klatce piersiowej, wsłuchując się w szybkie bicie jego serca. Objął mnie jedną ręką, ale ciągle trząsł się lekko.
- Luhan – odezwałem się znowu. – Kocham cię – ścisnął mnie mocniej. Uwielbiałem się do niego przytulać, szczególnie w nocy, kiedy nikt nam nie mógł przerwać. W końcu okazywanie uczuć to nie tylko seks, mimo iż to też bardzo lubiłem.
Pogładziłem go lekko kciukiem po wierzchu dłoni, chciałem mu dodać jakoś otuchy, żeby wiedział, że zawsze będę już przy nim. A jednocześnie miałem ochotę wycałować każdy centymetr jego ciała. Wiem, że dzisiaj to nie był odpowiedni moment, dlatego leżeliśmy po prostu przytuleni do siebie.
- Chcesz może coś do picia? – zapytał Luhan, a ja pokiwałem głową. – Pewnie i tak dzisiaj już nie zasnę, więc ja sobie wezmę kawę, a ty co chcesz?
- A nie możesz po prostu wziąć proszków nasennych? Nie chcę, żebyś prowadził niewyspany – wyszeptałem, a on pokręcił głową. Zdawałem sobie sprawę, że odrzucenie przez rodzinę było czymś bolesnym – w końcu sam przez to też przechodziłem – ale nie mogłem pozwolić, żeby ryzykować nawet naszym życiem.
- Spróbuję się zdrzemnąć, ale tylko dla ciebie – powiedział, całując mnie w czoło i wstając. Bez niego łóżko nagle wydało mi się zimne i nieprzyjemne. Czekałem paręnaście minut, aż wrócił z baru na parterze z dwoma napojami.
- Dzięki – podziękowałem, gdy wręczył mi szklankę z sokiem pomarańczowym. Rzuciłem spojrzenie na Luhana, który wyglądał aż niezdrowo i zachciało mi się płakać. Nienawidziłem jak cierpiał, był wtedy taki bez życia. Zupełnie jak teraz, siedział przy małym stoliku i patrzył się tępo na swoją filiżankę z kawą. – Luhan-hyung – szepnąłem, a Lu podniósł gwałtownie swoją głową.
- Przepraszam Minseokkie, ale nie mam humoru na takie zabawy – powiedział płaczliwym tonem. Wstał ze swojego siedzenia i zbliżył się do mnie. – To nie jest dla mnie takie proste jak dla ciebie. Na tobie od razu postawili krzyżyk.
Auć, zabolało. Nie mogłem już powstrzymać łez, które spłynęły leniwie po moich policzkach. Przecież to nie była moja wina, że zostałem oddany do domu dziecka. Odetchnąłem ciężko kilka razy, próbując się uspokoić, ale nadal miałem ochotę czymś rzucić i go zwyzywać. Zachowywał się teraz jak bogaty skurwiel.
- Rozumiem – odpowiedziałem przez ściśnięte gardło. – Wychodzę – stwierdziłem, wstając, ale Luhan popchnął mnie z powrotem na łóżko.
- Nigdzie nie idziesz – powiedział stanowczo. – Teraz idziemy spać – ułożył się obok mnie i objął mnie ramieniem, a ja nawet nie śmiałem się mu sprzeciwić.
Leżałem długo pod kołdrą, nie mogąc zasnąć. Oczy mi się kleiły, ale nie na tyle, żeby je zamknąć. Czasami związek z Luhanem wydawał mi się toksyczny, jakbym był od niego i jego słów uzależniony. Niektóre jego wypowiedzi raniły moje serce gorzej niż nóż, a niektóre potrafiły je uleczyć. Nie chciałem tego. Miłość jest głupia.

~~

- Minseokkie – powiedział gładko Luhan, gdy następnego dnia wróciliśmy do naszego mieszkania. – Przepraszam za wczoraj. Wiesz, że byłem przybity – przytulił mnie od tyłu, ale ja nie zareagowałem. Pozwoliłem, żeby mnie tulił, ale nie odwzajemniłem uścisku.
- W porządku – odpowiedziałem, mimo wylanych wczoraj łez. Nie miałem zamiaru się spowiadać z tego, jak bardzo mnie zranił, bo takie sytuacje i tak się powtórzą, a ja będę musiał sam sobie z nimi poradzić.
- Nie jest w porządku – kłócił się Lu. – Wiem, że płakałeś przeze mnie, dlatego przepraszam. Kocham cię tak bardzo, dla ciebie postawiłem się rodzicom, a przecież to też nie jest błahostka.
- Wręcz idealnie zdaję sobie z tego sprawę. Po prostu… - zabrakło mi słów. Odetchnąłem głęboko parę razy. – Zrobiło mi się przykro, dobra?
 - Dlatego pozwól mi sprawić, żebyś zapomniał o tej małej sprzeczce – wyszeptał mi teraz do ucha. Doskonale wiedziałem o co mu chodzi, więc nie zdziwiłem się, gdy zaczął całować moją szyję. Przygryzłem wargę, nadal byłem na niego zły.
Wziął mnie w swoje ramiona i zaprowadził do naszej sypialni. Położył mnie delikatnie na łóżku i od razu pozbawił koszulki, rzucił ją gdzieś na podłogę. Patrzył się na mnie chwilę, po czym pochylił się nade mną.
Pocałunki z Luhanem były wolne, nasze usta lekko ocierały się o siebie, łącząc co chwilę w jedno. Jego ręce gładziły moje wystające kości biodrowe ukryte jeszcze pod spodniami. Splątałem swoje palce za jego szyją, by przybliżyć go do siebie. Ciągle było mi mało, chciałem więcej. Luhan jakby to wyczuwając, przeszedł na moją szyję, do której się przyssał. Robił mi malinkę, a ja nie mogłem się powstrzymać od dziwnego dźwięku opuszczającego moje gardło.
Ściągnął powoli koszulkę przez głowę, przerywając na chwilę zabawę. Obserwował moje ciało, wodził spojrzeniem po mojej klatce piersiowej i brzuchu. Nie byłem ani trochę skrępowany, nie przed nim, nawet jak pożerał mnie wzrokiem. Zaczął wolno rozpinać mój rozporek, by następnie zsunąć moje spodnie wraz z bokserkami. Westchnąłem cicho, gdy poczułem nagłą zmianę temperatury w dolnych partiach ciała. 
Złapał mnie pod kolana, żeby rozsunąć moje nogi i zaczął składać lekkie pocałunki od wewnętrznej strony moich ud. Odetchnąłem głęboko, starając się opanować szybkie bicie serca. Jednak puls tylko mi skoczył, gdy usta Luhana zacisnęły się na moim członku. Rozkosz rozpływała się po całym moim ciele, zacisnąłem mocno palce na prześcieradle, a z mojego gardła wydał się zduszony jęk.
Miałem wrażenie, że zaraz dojdę, ale Lu miał inne plany. Zostawił moją męskość w spokoju, sam zaczął się rozbierać, a ja zniecierpliwiony mu pomogłem. Chociaż nie potrafiłem zapanować nad moimi drącymi rękoma, to i tak Han stracił spodnie w dość szybkim czasie.
Gdy Luhan był już cały nagi, sięgnął do szafki nocnej po lubrykant. Krążył swoimi zimnymi palcami wokół mojego wejścia. Powoli wsunął je we mnie, a ja cicho pisnąłem, czując dyskomfort. Leniwie rozciągał mnie, a ja powoli przyzwyczajałem się do dziwnego uczucia.
- Jesteś piękny – szepnął Luhan, całując mnie głęboko, jednocześnie sprawiając mi coraz większą przyjemność. Płuca zaczynały mnie palić z powodu braku tlenu, ale nie przerywałem pocałunku Lu, to była ostatnia rzecz, na którą miałem ochotę. Mimo mojej wielkiej niechęci, Han oderwał się ode mnie, zabierając palce.
- Luhan – jęknąłem niecierpliwie, chcąc żeby się pośpieszył. Jednak on powoli rozsmarował lubrykant po swojej erekcji, patrząc się na mnie z niemym wyczekiwaniem. – Czego chcesz? – zapytałem sfrustrowany.
- Zgadnij – droczył się dalej ze mną Lu. Nie miałem pojęcia o co mu mogło chodzić, mój umysł był zamroczony, a jedyna myśl, którą posiadałem w tej chwili była o nim. – Nazwij mnie swoim hyungiem – wyszeptał w moje usta.
- Luhan-hyung. Luhan-hyung – niemal wrzasnąłem już mocno sfrustrowany. Lu nie czekał ani chwili dłużej, od razu wsunął się we mnie. Błogość i gorąco rozlewały się stopniowo po moim ciele, przyprawiając mnie o szaleństwo.
Jęknąłem głośniej niż wcześniej, gdy Han przyśpieszył swoje ruchy biodrami, wchodził we mnie coraz głębiej i głębiej. Przejechałem dość mocno paznokciami w dół jego pleców, wcale nie przejmowałem się bólem, jaki mu zapewne zadawałem. Liczyło się tylko tu i teraz, i niewyobrażalna rozkosz, która otumaniała mój umysł.
Wydałem z siebie niepochamowany dźwięk pełen ekstazy, kiedy Lu trafił idealnie w moją prostatę. Właśnie w tym momencie wykrzyknąłem po raz kolejny „Luhan-hyung” i doszedłem. Han przeciągał swój orgazm wolnymi ruchami, co jakiś czas trafiając w mój czuły punkt.
Minęły chyba wieki, gdy Luhan w końcu wylał się we mnie, ja sam zdążyłem już pobrudzić nasze brzuchy swoją spermą co najmniej dwa razy. Chwilę leżeliśmy tak, dysząc zmęczeni wysiłkiem fizycznym.
- Następnym razem sprawię, że nazwiesz mnie oppa – powiedział Luhan, uśmiechając się wrednie. – A tak właściwie to uwielbiam seks na zgodę, jesteś wtedy tak bardzo uległy, robisz wszystko o co cię poproszę.
- Czy ty mógłbyś się przymknąć? – zapytałem, a chowając twarz w zagłębieniu jego szyi. Moje policzki zrobiły się bardziej czerwone niż były wcześniej. Serce mi przyśpieszyło i byłem pewien, że Han mógł je usłyszeć.
- Kocham cię – odezwał się Lu, wysuwając się ze mnie. Syknąłem cicho; nigdy tego nie polubię. Dyskomfort jaki temu towarzyszył był naprawdę nieznośny.
- Ja ciebie też – odpowiedziałem, pozwalając moim powiekom opaść. Odetchnąłem głęboko i zanurzyłem się w idealnej ciemności, która mnie pochłonęła. Zanim jednak zapadłem w sen, Luhan pocałował mnie w nos i objął ciasno. Przy nim byłem bezpieczny i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. 

wtorek, 7 kwietnia 2015

君に届け (From a deer in Beijing)


Pairing: XiuHan
Rating: G
A/N: W sumie to nie wiem, jak mam się przedstawić. Można powiedzieć, że współpracujemy z Kookie. Dziękuję autorce za zgodę na tłumaczenie i let's enjoy! ♡ / Shiro





Istnieje zbyt wiele niespodziewanych rzeczy w moim życiu - a kochanie ciebie jest jedną z nich.

Gdy pierwszy raz cię spotkałem (kiedy pierwszy raz przedstawiliśmy się sobie jako trainee), nigdy nie przyszło mi do głowy, że się w tobie zakocham - nawet w najmniejszym stopniu. W chwili, kiedy potrząsnąłem twoją dłonią, nie poczułem niczego niezwykłego, żadnego podekscytowania płynącego przez moje żyły - żadnej iskry. Do momentu kiedy popatrzyłeś mi w oczy z nieśmiałym wyrazem na twarzy i pokazałeś mi jeden z tych uśmiechów, który objął wszystkie twoje zęby, zanim się usprawiedliwiłeś.

To było dziwne, ale poczułem, jakby coś nieustannie drżało w moim brzuchu i to nie przestawało, nawet jeśli byłeś poza zasięgiem mojego wzroku.

Od tamtego czasu nie mogę się powstrzymać od myślenia o tobie. Czułem, że to nie jest w porządku. Powinienem myśleć o dziewczynach, krągłościach i biustach, ale moje myśli automatycznie zmieniały się na pulchne policzki i zębiasty uśmiech. Baozi. Baozi. Baozi.

Od tamtego czasu chcę po prostu sprawiać, że będziesz się uśmiechał.


Tak to się zaczęło.

Zakochanie się w kimś wtedy nigdy nie było częścią planu. Zakochanie się w mężczyźnie - będąc precyzyjnym. Zakochanie się w kimś z bułeczkowatą twarzą i szerokim uśmiechem - będąc dokładnym. To wszystko było niespodziewane.

Teraz jestem tutaj - szalenie, głęboko, obłędnie w tobie zakochany. I wiem, że znasz to, prawdziwą miłość? Ale wiesz, że także cię nienawidzę?

Kochanie cię jest niespodziewanie jeszcze najbardziej oczekiwanym momentem w moim życiu. To jak żywa ironia. Kocham cię, ale także nienawidzę w tym samym czasie. I to jest prawda.


Nienawidzę cię za bycie takim wyrozumiałym, przez co zawsze czuję się źle za niebycie tutaj dla ciebie za każdym cholernym razem. Nienawidzę cię za mówienie zawsze, że jest w porządku, że rozumiesz, nawet jeśli twoja twarz krzyczy, że nie jest, gdy łzy zaczynają zbierać się w kącikach twoich oczu. Nienawidzę tego, jak zawsze martwisz się o mnie, pytasz, czy wszystko dobrze, czy już jadłem, podczas gdy ty jesteś tym, o którego ja powinienem dbać. Czasami nienawidzę twojej pasji i zdeterminowanej strony. Nienawidzę tego, jak zawsze pchasz siebie na granice, tylko po to, żeby sprawić, że wszyscy będą zadowoleni. Nienawidzę tego, jak stajesz się skrępowany ilekroć jemy, ilekroć patrzysz na siebie w lustrze. Dlaczego nie możesz zobaczyć siebie tak, jak ja widzę ciebie? Jesteś piękny, idealny i oszałamiający. Nienawidzę cię za sprawianie, że się martwię, nienawidzę cię za sprawienie, że czuję się, jakbym wisiał na klifie, kiedy tylko widzę, że starasz się bardziej każdego dnia. Nienawidzę tego, jak zawsze dziękujesz mi za wybranie ciebie, kiedy tak naprawdę ja powinienem był tym obsypującym cię pocałunkami i podziękowaniami. Nigdy się nie dowiesz, co zrobiłeś dla mnie i mojego życia. I jak zmieniłeś mnie w każdy sposób, w jaki człowiek może być zmieniony na lepsze.

Jesteś więcej niż wystarczająco, Minseok. I oto jestem ja i świat, który nie zasługuje na kogoś takiego jak ty. My jesteśmy tymi niewystarczającymi dla ciebie. Zasługujesz na najlepsze wśród najlepszych rzeczy. Jeśli tylko mógłbym pożyczyć ci moje oko, abyś zobaczył, jaki jesteś dla mnie idealny, oddałbym za to wszystko. Nie bądź nieśmiały i po prostu kochaj siebie. Kocham cię, kochamy cię takiego, jaki jesteś.

Kocham cię, kocham. Dziękuję.


Istnieje zbyt dużo niespodziewanych rzeczy w moim życiu - a kochanie ciebie jest najwspanialszą rzeczą wśród nich.

piątek, 27 lutego 2015

You make my life more colorful



Pairing: Xiuhan
Gatunki: fluff, szkolne!au
A/N: pisałam tą miniaturkę okropnie długo, aż od sierpnia. W sumie to nie wiem czemu aż tyle, skoro jest dość krótkie... Może fluffów nie umiem za bardzo pisać, trudno, ale w końcu jest i się cieszę ^^




Życie zawsze wydawało mi się zwykłe, podzielone na biały i czarny kolor, bez jakichkolwiek barw pośrednich. Chociaż nic nigdy nie było do końca dobre jak i złe, jednak moją głowę nie zaprzątały takie spekulacje. Wolałem myśleć prostolinijnie, nienarażony na większe cierpienie ze strony innych.
Westchnąłem cicho, przekraczając próg mojego technikum. Nie mogę powiedzieć, że go nie lubiłem, raczej towarzystwo innych nie przypadło mi do gustu, mogę nawet śmiało oznajmić, że lekcje, tak samo jak nauczyciele, byli w porządku. Jednak to wszystko, ponieważ wydawali tacy szarzy, bez większych chęci do życia, jakby musieli tu przychodzić, a nie robić to, co kochają.
Nie patrząc nikomu w oczy, szedłem powoli korytarzem. Unikałem tych wszystkich ciemnych tęczówek, które wwiercały się we mnie, nie dając chwili wytchnienia. Nienawidziłem tych spojrzeń pełnych pogardy do mojej osoby. Nic im nie zrobiłem, starałem się być sobą, a to się chyba nikomu z mojego rocznika nie podobało. Większość ulegała wpływom innych, tylko po to, żeby nie być jak ja. Czyli oderwany od społeczeństwa, bo nie akceptują tego, że jestem trochę inny. Jako ludzie nie różniliśmy się wcale. Podobni w tym, że wszyscy żyliśmy i nasze życia były tyle samo warte, inni w cechach charakteru, wyglądzie, czy postrzeganiu świata.
Jak gdyby nigdy nic usiadłem pod klasą w oczekiwaniu na lekcje angielskiego. Ten przedmiot był inny, nawet nie mięliśmy na niego zeszytów. Nie są po prostu potrzebne, gdy się tylko mówi, nic nie trzeba zapisywać. W sumie tym lepiej, na większości zajęć czasami mi ręce odpadają przez przydługie i dokładne notatki podawane przez nauczycieli. 
Nagle mój wzrok padł na lekko pucołowatego chłopaka, który akurat przechodził korytarzem. Od razu zawiesiłem na nim swoje oczy, obserwowałem go i ten jego uśmiech na twarzy, co zawsze przyprawia mnie o palpitacje serca. Zmierzwione, ciemne kosmyki opadały swobodnie na jego czoło tak, że zapragnąłem ich dotknąć i obracać między palcami aż do znudzenia. Uwielbiałem jego styl, schludny ubiór, starannie wyprasowane rzeczy, niemal lśniące buty oraz błękitna koszula i czarne rurki, widać było, że o siebie dba. Chłonąłem całą jego sylwetkę, może nie był chudy, ale na pewno wyglądał uroczo. Przynajmniej w moich oczach. 
Nie myśląc za dużo nad tym, co robię, wstałem i podszedłem do, teraz siedzącego na parapecie Minseoka. Opierał się o okno, a nogi spuścił na dół. Nawet nie zarejestrowałem, kiedy tam się znalazł, za dużo o nim myślę i dochodzę do wniosku, że go w pewien sposób idealizuję w mojej głowie. Stanąłem centralnie przed nim i uśmiechnąłem się od ucha do ucha.
- Luge! – zeskoczył z parapetu i przytulił mnie. – Nie widziałem cię. Gdzie byłeś?
          Odsunął się trochę ode mnie, ale nadal mnie nie puszczał. Ja natomiast ciągle na niego patrzyłem i pewnie wykrzywiałem wargi w jakiejś parodii, a nie uśmiechu. To zadziwiające jak bardzo miłość może nas zmienić i jakie silne emocje się z tym wiążą.
Jednak chyba źle odczytał mój grymas na ustach, bo zaraz mnie puścił, odsuwając się parę centymetrów ode mnie. Pokręciłem energicznie głową, chciałem teraz przejść do sprawy, która nurtowała mnie już od dawna. 
- Minnie musimy pogadać po lekcjach – powiedziałem. Patrzyłem prosto na niego i jego rosnące oczy. Pewnie był w lekkim szoku, w sumie trudno mu się dziwić. Niecodziennie tak jawnie go odtrącam. 
- Och… Dobrze, ale to nic poważnego? – zapytał patrząc na mnie ze smutkiem i zaciekawieniem. Nie umiem wyjaśnić jak on łączył te dwie emocje ze sobą, ale za każdym razem wychodziło mu to wspaniale. Chciało się tylko przytulać i mówić, że wszystko będzie dobrze, że na tym świecie nie ma czegoś takiego jak zło. Bynajmniej nie dla niego. 
- Nie, nie musisz się martwić – powiedziałem ciepło. Jego twarz od razu się rozpromieniła, nikt nie działał na mnie w taki sposób jak on. Co z tego, że był starszy, to w końcu tylko miesiąc różnicy, więc mi to jakoś za bardzo nie przeszkadzało. Minseok i tak zachowywał się często jak małe dziecko. Za to właśnie go uwielbiałem. Może za bardzo go idealizowałem, patrzyłem na niego przez tak zwane "różowe okulary", ale pasowało mi to. - No to do zobaczenia po lekcjach - dodałem i poszedłem znowu usiąść pod klasą.
Nigdy w życiu dzień mi się tak bardzo nie dłużył, ale chyba właśnie tak to jest. Jak na coś czekasz to wskazówki zegara wloką się coraz wolniej, a gdy nie chcesz czegoś to czas zdaje się płynąć z prędkością światła. Tym razem nie było inaczej. Chyba podświadomie sprawdzałem godzinę co dwie minuty i potrafiłem się na niczym skupić. Ktoś coś do mnie mówił, a ja byłem myślami poza swoim ciałem. Cokolwiek to znaczyło.
Wreszcie, gdy zabrzmiał tak upragniony przeze mnie dzwonek, zerwałem się jak opatrzony i wybiegłem z klasy, nie patrząc na to czy kogoś popycham, czy nie. Czekał, przed wyjściem ze szkoły. Podbiegłem do niego najszybciej jak umiałem, a gdy już stanąłem przed nim, posłał mi uśmiech, który tak kochałem.
- Pójdźmy gdzieś - zaproponowałem, na co Minseok pokiwał głową. Bardziej było to stwierdzenie, niż pytanie, ale jego odpowiedź była niezwykle urocza, przez co nie mogłem oderwać od niego wzroku w całej drodze do mojego mieszkania. Gdy już się w nim znaleźliśmy, od razu zamknęliśmy się w moim pokoju. – Mam ci coś ważnego do powiedzenia, ale nie komentuj dopóki nie skończę, po prostu słuchaj – popatrzył się na mnie jakoś dziwnie, ale pokiwał tylko głową.
- Dobrze, postaram się – usiadł na moim łóżku, patrząc się na mnie w niemym oczekiwaniu.
- Więc słuchaj… - zacząłem powoli. – Nie wiem jak ładnie ująć w słowa to co czuję, dobra? Nigdy nie byłem w tym dobry, ale wiem jedno – przybliżyłem się do niego, siadając obok. Nasze twarze były teraz niezwykle blisko. – Sprawiasz, że moje życie staje się kolorowe. Wystarczy jeden twój uśmiech, żeby rozjaśnił mi mój ponury nastrój. Może to nie jest za dobre porównanie, ale w moim życiu jesteś jak tęcza po deszczu – te słowa wyszeptałem, patrząc się w jego oczy. Serce waliło mi jak młotem, ale jednocześnie kamień spadł mi z niego spadł, w końcu zdołałem to powiedzieć na głos przy Minseoku. Jego zszokowane spojrzenie wyjaśniało wszystko – nie spodziewał się usłyszeć czegoś takiego ode mnie, podczas gdy inne dzieciaki w szkole już dawno zauważyły, że coś do niego mam.
- Cieszę się – odpowiedział i przybliżył się jeszcze bardziej. Bez dwukrotnego zastanawiania się nad tym co robię, pokonałem dzielącą nas odległość i moje wargi spoczęły na tych mniejszych. Były miękkie, jednak zaraz cofnąłem głową, jakby dotarło do mnie co zrobiłem.
- Wybacz, ja nie… - zaczął plątać mi się nieprzyjemnie język, ale nie wyglądał na złego, bo uśmiechnął się tylko.
- Spokojnie Luhan – powiedział i zarzucił mi ręce na ramiona, splatając je za moją szyją. – Też jesteś dla mnie kimś wyjątkowym, kimś, kogo po prostu nie potrafię zastąpić – zamknął oczy, opierając czoło o moje i nie mówiąc nic więcej pozwolił mi się całować, aż zabrakło nam tchu, a słońce za oknem zaczęło zachodzić.

sobota, 24 stycznia 2015

The Letter


Pairing: Xiuhan
Gatunki: au, angst
A/N: krótka miniaturka, mam nadzieję, że wam się spodoba




Siedząca na łóżku postać w skupieniu sunęła oczami po kolejnych linijkach listu, wypisanego bardzo starannie czarnym atramentem. Te słowa były dla niego ważne, jednak mimo pięknej kaligrafii kryło się w nich okrucieństwo, którego nigdy nie będzie w stanie pojąć. Znał na pamięć każdy szczegół zawarty na tej wymiętej przez lata kartce, więc nie przeszkadzało mu słabe oświetlenie pomieszczenia przez tylko jedną lampkę nocną.


Drogi Lu,
Pamiętasz ten czas, kiedy wszystko było proste, a nasze życie kolorowe i piękne? Wspólnie odkrywaliśmy nowe rzeczy, smakowaliśmy po trochu całego świata. Jednak nic nie pozostaje niezmienne, nawet teraz przeżywam chwile swojej egzystencji, wracając myślami do pamiętnych dni, w których góruje twoja osoba. Brutalnie wyryłeś się w moim sercu, sprawiając, że gdy odszedłeś, zabrałeś je ze sobą. Coraz bardziej się rozpadałem, bo nie było Cię przy mnie, miałem wrażenie, że najsłabszy podmuch wiatru mógł mnie zniszczyć, a ja rozpadłbym się na milion małych kawałeczków, których nikt oprócz Ciebie by nie pozbierał.
Moja desperacka miłość w końcu sprawiła, że wylądowałem w pokoju bez klamek. Pustym i białym pokoju. Pustym jak moja dusza, białym jak twoje skrzydła. Byłeś moim aniołem na tym pełnym niesprawiedliwości świecie. Zapomniałem już jak Twój najlżejszy dotyk palił moją skórę, a delikatne muśnięcia ust przyprawiały mnie o zawroty głowy. To wszystko przeminęło, pozostawiając po sobie bolesne wspomnienia. Nie mam o to do Ciebie żalu, teraz wychodzi jak bardzo jestem słabym człowiekiem. Łatwo mnie zranić, ponieważ niepotrzebnie biorę wszystko do siebie, opinie i zdania innych przytłaczają mnie i coraz bardziej zamykam się na otaczającą mnie rzeczywistość.
Chcę żebyś o tym wiedział, tylko tego teraz pragnę, a co zrobisz z tą wiedzą i listem, już mnie nie obchodzi. Może zachowasz mnie w sercu, a może wyrzucisz, nie ma to dla mnie znaczenia, ponieważ gdybyś naprawdę mnie chciał, to byś został. Do takich właśnie wniosków doszedłem, siedząc sam bez możliwości odezwania się do kogokolwiek, bo i tak nikt by mnie nie słuchał, nie ważne jak głośno bym krzyczał.
Ten list pełni też funkcję terapeutyczną, po raz pierwszy od naszego rozstania głośno wyrażam swoje najgłębsze uczucia. Koniec z ukrywaniem się jak mysz pod miotłą i udawaniem, że wszystko jest w porządku. Chciałem, żeby wszystko zostało przemyślane zanim przeniosę swoje myśli na kartkę, a jak zwykle nie wyszło. Tak bywa, że to czego najbardziej pragniemy, bezpowrotnie nam się wymyka. Może szczęście nie było mi pisane, w końcu Ciebie też straciłem. Zostawiłeś mnie. Samego. Przeraża mnie jak spokojnie o tym piszę, ręce mi nie drżą, a łzy nie lecą. Prawdopodobnie pogodziłem się w końcu z faktem, że nic nie trwa wiecznie, a życie to nie bajka. Cierpienie jest czymś ludzkim, zwykłym, najgorsze jednak jest po tym pozbieranie się w sobie.
Ciekawi cię pewnie, co ze sobą robiłem. Odpowiedź brzmi: kompletnie nic. Każdy następny dzień przypominał poprzedni, straciłem poczucie czasu, wszystko zlewało się w jedno. Jedyne co mnie trzymało przy zdrowych zmysłach, to tykający zegar w kącie, zabawne jak taka mała rzecz nie pozwalała mi się do końca skupić. Czasami miałem ochotę go zniszczyć, ale wtedy kompletnie zatraciłbym się w głuchej ciszy, która wypaliłaby mi uszy.
W końcu mój mały pokoik zaczął mnie przytłaczać i dusić, czułem się w nim osaczony, tak jakby ściany zaczynały się robić mniejsze i mniejsze. To były pierwsze oznaki klaustrofobii, jednak jednocześnie nie chciałem się ruszać z tego miejsca. Tylko ono wydawało mi się wtedy znajome.
Nie wiem czy jestem w stanie przelać tu swoje wszystkie uczucia, być może ich nie zrozumiesz przez chaotyczność zapisania albo po prostu nie jestem w stanie ich odpowiednio przekazać. Ale na początku, zanim pogodziłem się z naszym losem, byłem taki wściekły na Ciebie, na ludzi dookoła, na cały świat.
Nie wychodziłem ze swojego pokoju, aż w końcu rodzina miała mnie dość i tak oto wylądowałem tutaj. Resztę historii już znasz, nie mam więcej nic do dodania. Oprócz tego, że zamiast stać się moim zbawieniem, przez Ciebie spadłem w dół, z którego już nie mam jak się wydostać. Tylko bardziej i bardziej się w niego zapadam.
Wiem, że nigdy mi nie odpiszesz, ale proszę pamiętaj, że byłeś moim tym jedynym i wyjątkowym. 

Na zawsze Twój
Minseok


Tak, to było wszystko co chciał przekazać Luhanowi już dawno temu, gdyby jego dusza ciągle istniała na tym świecie. Ciekaw tylko był czy po śmierci trafił do piekła, czy do nieba. Nadal miał przed oczami uśmiechniętego chłopaka i samochód, który wpadał w poślizg, a następnie w nich uderzył. Dzięki desperackiej próbie ratunku Luhana, skończył gdzie skończył.
Następnego dnia pielęgniarka, która jak co dzień przynosiła jedzenie Minseokowi, zastała go martwego. Po sekcji zwłok okazało się, że umarł przez uduszenie. Zapewne popełnił samobójstwo za pomocą niewinnej poduszki.